sobota, 12 listopada 2016

rodzeństwo




11 listopada - szarańcza w domu:) Cudownie ich obserwować i nie ingerować. Oto jak to wygląda, kiedy rodzic się nie wtrąca i pozwala życiu się po prostu toczyć. 


Scena pierwsza - Maria poważnie traktuje swoją rolę przyrodniej matki. Nakarmi, napoi...



Scena druga - w końcu jednak przypomina sobie, że sama jest głodna i chce jej się pić...


Scena trzecia - dziecka nakarmione, to trzeba je jakoś zabawić. A gdyby trak połaskotać w nogę?


Scena czwarta - przechodzący w pobliżu Franek dostrzega okazję do niezłego ubawu. Chwyta za pozostałe dyndające nogi i macha nimi na prawo i lewo, masuje się po twarzy...



Scena piąta - i tak oto cyrk na kółkach.


piątek, 4 listopada 2016

działanie



Antek działa. Potrafi już nieco siedzieć, jeśli go podtrzymamy. Jest bardzo dzielny:) To on i jego osobista WonderWoman:)








wtorek, 1 listopada 2016

niedziela



A tak u nas wygląda niedziela:) Bliźniaki poszły na południową drzemkę, a my pykamy w gierki, ojciec - wielozadaniowo - próbuje doczytać gazetę, na którą nie miał czasu przez cały tydzień. I pijemy - kawka, gorąca czekolada...



I jeszcze  w temacie jedzeniowym.... czy się podzielą???


poniedziałek, 31 października 2016

samo



Samodzielność nie przychodzi Antkowi o tak... Raczej chłopak woli, jak go wyręczymy - w trzymaniu butelki, w trzymaniu pionu podczas siedzenia, w podawaniu zabawek... Na szczęście jest coś takiego jak potrzeby fizjologiczne. A pierwsze z nich to jedzenie. Polak głodny to zły - Antek też. Jeść bestyja uwielbia i nawet się nauczył mówić na tę okoliczność. Swojskim "am" oznajmia, że pora papu dla niego nadeszła. I tak oto uczymy Antka samodzielności w jedzeniu... chcesz jeść, to sobie weź! W roli papu - ciasto dyniowe.



Tu niżej widać, jak wyczyścił blat z okruszków. Podziwu godne! I walka z niekapkiem.



A tu Józio:) Tu metodyka jedzenia jednak nieco inna:P



niedziela, 9 października 2016

kurtyna


Dzisiaj w "Gościu Niedzielnym" przeczytałam felieton Agaty Puścikowskiej, który jest jakimś komentarzem do tej całej akcji z czarnymi marszami...

"Historia czy histeria wokół sprawy czarnego protestu pokazała jedną ważną rzecz: stosunek Polaków do osób niepełnosprawnych. Prawdziwy stosunek. Bo oto w teorii to my tolerancyjni jesteśmy i szanujemy wszystkich. Już nauczyliśmy się, że niepełnosprawnych dyskryminować nie wolno. Czyli (jak to niegdyś bywało) nie wolno pokazywać paluchem na ulicy i dziwować się, że „taki biedny, a żyje”. Nie wolno krzywić się, gdy „taki” wsiądzie do tramwaju. Najwyżej wystarczy wzrok odwrócić. Przesada? Nie. Bo najwyraźniej na tym poziomie właśnie pozostało nasze rozumienie niepełnosprawnych, ich życia, problemów. A głębiej, tak najgłębiej, jak się da, nadal jesteśmy nastawieni negatywnie, czy wręcz bardzo negatywnie, do osób z przeróżnymi dysfunkcjami...

Obserwowałam akcję na portalu społecznościowym. Akcję matek wychowujących chore dzieci, dzieci z ZD i innymi wadami genetycznymi. Wadami, które według istniejącego prawa są przesłankami do zabicia. Matki pisały: „Oto mój Jaś czy Staś. Czy naprawdę nie jest godny być obok was?”. Reakcje były bardzo różne. Od wpisów infantylnych, poprzez poklepywanie po matczynym ramieniu: „Oj, jaka ty kochana, że TAKIE dziecko wychowujesz. Ale to heroizm. Nie wymagaj od innych”, poprzez mniej lub bardziej zawoalowaną agresję. A jeśli matka pisała publicznie, do osób anonimowych, to anonimowi internauci pisali wręcz bardzo niegrzecznie. Wyzywając i matkę, i dziecko. Coś więc jakby: kurtyna opadła."

To prawda, że nie akceptujemy niepełnosprawności. Jesteśmy zdolni, stać nas, żeby poklepywać chorego lub jego matkę po ramieniu, ale potem odchodzimy czym prędzej. Nie wiem, co myśląc i mając w głowie... może to: "Jak to się stało, że taka wykształcona, a takie chore dziecko"... sama słyszałam to już kilka razy. To dziwne, bo przecież nie ma żadnego przełożenia inteligencji matki czy ojca na choroby z którymi potomek może się urodzić. Myślę, że za tym stoi właśnie brak akceptacji nie tylko dla niepełnosprawności, ale dla bólu, cierpienia i choroby  w ogóle. Chore dziecko nie ma prawa się urodzić, nie powinno się urodzić, skoro kobieta jest młoda i zdrowa.

Kiedy patrzę na mojego Antka, widzę, że sama miałam do niepełnosprawności jakiś dziwny stosunek. Sory, taki mamy klimat - cytując klasyka. Nikt nas nie uczy wrażliwości na chorobę, niepełnosprawność. Dziś patrzę na Antka i myślę, że chłopak jest normalnie taki jak ja. To żaden kosmita. Po prostu robi wszystko wolniej. I jeszcze życie z niepełnosprawnym pokazało mi, jak bardzo pod górę mają niepełnosprawni ze wszystkim, jak nikt im życia nie ułatwia, niewielu się o poprawę jakości ich życia stara.

Naprawdę kurtyna opadła...


niedziela, 2 października 2016