Jadą samochodem. Wszyscy! A więc ośmioro. Matka prowadzi, bo lubi. Ojciec wpada na zły, bardzo zły pomysł.
- Podjedź pod Orlena. Wymienię im zdrapkę na pieczątkę. Wygrali pieczątkę ze Star Warsów.
Matka wie, że nie powinna, ale skręca ku stacji. Ojciec wysiada i załatwia, co trzeba. Dzieci już czują Yodę nosem.
- Tata wymienia nam zdrapkę. Ale fajnie!
W tym czasie młodsza z córek, widząc oddalającego się ojca, mówi: "Mamo, jesteś tu". Ale matka nie słyszy, bo auto ma gabaryty małego autobusu, więc ma prawo nie słyszeć. Starszy brat jej pomaga: "Mamo, Marysia się pyta, czy tu jesteś". "Tak, jestem".
Przez szybę stacji widać, że ojciec i sprzedawca coś wesoło komentują. Pewnie ojciec się chwali, że dla dzieci. I pewnie się chwali, ile ich ma. To zawsze skutkuje! Sprzedawca spod lady daje jeszcze jedną zdrapkę. Chyba rozumie, że trudno jedną małą piecząteczką obdzielić sześcioro.
Ojciec wraca. Matka czuje, że powinna powiedzieć: "Tylko im tego nie dawaj teraz", ale coś jakby się w niej chwilowo zepsuło i jednak nic nie mówi. Ale niepokój w niej narasta.
Ojciec wrócił i bez namysłu (błąd!) podaje do drugiego rzędu, mówiąc do córki: "Podaj do trzeciego rzędu", to znaczy: "Podaj chłopcom". Córka - zawsze posłuszna, bo najstarsza i najstaranniej wychowana - podaje. I się zaczyna!
Janek: Mamo... (kurczę, dlaczego zawsze "mamo", a nigdy "tato"), a Marysia to wzięła. Mamo, a ona to jeeee...
Matka, która jak najszybciej w tej sytuacji chce się znaleźć w domu: Marysia, to nie jest do jedzenia. Oddaj im.
Ale komu tu oddać?
Franek: Janek, daj teraz mi. Ja też chcę... - jęczy młodszy.
Po chwili.
Marta: Mamo, a oni mnie tym stukają po głowie.... Mamo jest mi słabo.... Naprawdę źle się czuję...
Matka nic nie mówi. Skupia się na prowadzeniu, żeby jak najszybciej znaleźć się w domu. Ojciec reflektuje się, że popełnił gruby błąd: "Oddawajcie to natychmiast!". I już nie jest tak wesoły jak na stacji.
PS
Na dodatkowej zdrapce ojciec nie odkrył ani kosmicznych słuchawek, ani breloków-R2-D2-czytników, ani tym bardziej wspaniałej wycieczki do Londynu dla czterech osób. Może dobrze, bo jednak trudno byłoby wszystkich sprawiedliwie obdzielić.