poniedziałek, 28 marca 2016

spokój



Próbowaliśmy z mężem zachować spokój w te święta, bo z tą zgrają to naprawdę ciężko.. w Wielką Sobotę Maryśka i Frank wzięli spryskiwacz do mycia okien i spryskali nim mój zrobiony-przy-okazji-wielkich-ostatnich-porządków obiad, potem Maryśka wzięła ukradkiem moje lakiery i postanowiła się wypicować, niszcząc przy okazji pościel brata, którą przebrałam trzy dni wcześniej, Marta się obraziła, bo powiedziałam jej, że na rowerze się jeździ, a nie go prowadzi, a potem się wywaliła na deskorolce i darła przez pół godziny (matko! ten czas dojrzewania jest okropny!), Franek zjadł z 5 kilo czekolady, a Janek jak zwykle (więc w sumie nic nowego) dolewał bezustannie oliwy do ognia, jakim jest hałas w naszym domu...

 ... ale wszyscy żyją!





2 komentarze:

  1. ... to najważniejsze ;) czyli o monotonii nie ma mowy :D Pozdrawiamy cieplutko! :*

    OdpowiedzUsuń
  2. Uch, to się działo! Dobrze, że bez strat w ludziach się obyło!

    OdpowiedzUsuń