Kiedy twój mąż ciągle jeździ na rowerze, a ty ciągle
pilnujesz jego (no dobra, waszych) dzieci… w końcu coś pęka i stwierdzasz, że
wyciągniesz swój stary rower, kupiony 15 lat temu za 200zł, i dumnie mu
potowarzyszysz. No cóż… pierwsze co słyszysz to słowo, że go – wytrawnego
kolarza, szusującego na swoim superlekkim gravelku – spowalniasz. Nagle okazuje
się, że jeździsz 15km na godzinę po prostym, a on – standardowo 28km. I cóż…
możesz się szybko poddać, ale możesz też wziąć go na przetrzymanie, postawić
pod znakiem zapytania – w związku z powyższym - miłość małżeńską i zmusić go tym
samym do poradzenia sobie z problemem. No to sobie poradzi! Mój sobie poradził!
Kupił mi rower elektryczny:) I to jaki! Unibike Energy LDS. Nowość na rynku, z
września 2021, rower na zapisy! Nikt jeszcze nie zdążył tego roweru porządnie
zrecenzować:):P


Rower mam niecały miesiąc i ciągle stoi (poza momentami,
kiedy ze mną jeździ) w środku jadalni – tak bardzo się do niego przykleiłam.
Jak na kobietę przystało – najpierw patrzę na wygląd zewnętrzny. A Unibike
Energy LDS wygląda bosko – bateria jest schowana w ramie i w gruncie rzeczy
mało wprawne oko nie skojarzyłoby, że to elektryk. O to chodziło! Nie wygląda
topornie, masywnie ani krowiasto. Wygląda jak przyzwoity rower. Elektryka
chodzi cichutko i nawet pod górę nie obwieszczamy całemu światu, że musimy się
wspomagać. Kolor ponoć grafitowy, mnie się wydaje bardziej srebrny niż
grafitowy, ale pewnie panowie przy nim majstrowali, a ci jak wiadomo –
podstawowy zestaw kolorów…
Unibike ma dwa niesamowite bajery – automatyczną skrzynię
biegów! Ja korzystam z niej cały czas, choć można sobie też wybrać opcję auto i
przerzucać przerzutki tradycyjnie. Biegi przeskakują słyszalnie, ale w
odpowiednich momentach. Noga pedałuje ciągle z podobnym natężeniem – bez
względu na to czy jedziemy pod górkę, czy po prostym. Rower ma trzy tryby
wspomagania: Eco, Normal i High. Najczęściej jeżdżę w trybie Normal, pod górkę
– włączam High. Wsparcie pod górę jest odczuwalne – czasem nawet odnosi się
wrażenie, że rower jest lekko popychany od tyłu. Nie znaczy to, że się pod górę
nie zmachamy. Wszystko zależy oczywiście od nachylenia. Przy sporym i krótkim –
mój mąż jednak daje radę lepiej niż ja. Przy długim i średnim nachyleniu –
jednak jestem szybsza. Warto też dodać, że przy osiągnieciu 25km/h rower
przestaje wspomagać, zaczyna być odczuwalny jakiś rodzaj ciągnięcia i mój
szanowny kolarz zawsze jest kilka metrów przede mną:) Z górki – w ogóle nie ma
opcji, żebym go przegoniła:P Drugi świetny bajer to karbonowy łańcuch. Coś, co
się podobno nie psuje, na bank też cię nie ubrudzi. No i wygląda czadersko:)

Silnik i bateria. Naładowana bateria to 630WH, co oznacza
ok. 170 przejechanych kilometrów w trybie Normal.
Rower jest ciężki. Dlatego ma opcję „walk” i kiedy musisz go
prowadzić, wspomaga cię także w tym. Ramę wykonano z aluminium lite, dzięki
czemu zaoszczędzono na masie. Wspomniałam już o estetyce – tę udało się także
uzyskać dzięki hydroformowaniu ramy. Co to znaczy? Rury były kształtowane
cieczą pod wysokim ciśnieniem, dzięki temu nie widać tutaj topornych spawów.

Opony są szerokie, masywne, firmy Schwalbe. Rower podobno
miejski, ale w lesie też świetnie się sprawdza. Cała reszta osprzętu jest
bardzo dobrej jakości: hamulce Shimano, silnik Shimano, stery Ahead, łańcuch
Gates, nóżka i bagażnik Standwell (przystosowany do sakw), przednia lampa
Busch, chwyt kierownicy Rasso Ergonomic (uwielbiam! taka prosta modyfikacja, a
tak dobrze robi!)…

Są tacy, którzy mówią, że rower elektryczny sam jedzie. Cóż…
to nie motorower. Jak nie pedałujesz, nie jedziesz. Dla mnie – kobiety, która
urodziła sześcioro dzieci i w czasie ich wychowywania niewiele miała czasu na
ruch – rower elektryczny jest szansą na zrobienie czegoś dla siebie,
zatroszczenie się o zdrowie. Rachunek jest prosty. W ciągu niecałego miesiąca
mam przejechane 8 godzin. 8 godzin ruchu i aktywności o stałym natężeniu,
nieobciążającej mojego rozjechanego ciążami ciała. Czegóż chcieć więcej?!